berkeley blog

Twój nowy blog

Wieczór muzyki wokalnej Ryszarda Straussa i jak Antoni Wit sprawił, że publiczność opuściła salę Filharmonii Narodowej

Żeby być fair wobec
profesora Wita: od początku publiczności nie było dużo.


Osobiście uważam, że
Strauss jest jednym z największych kompozytorów muzyki wokalnej, jacy
kiedykolwiek żyli. W Polsce z rzadka wystawia się jego opery, może dlatego i
tym razem świetny kompozytor zgromadził niewielkie audytorium dla swojej muzyki
wokalnej. Ale w takim razie, może należy sobie zadać pytanie dlaczego cały
program wieczoru w Filharmonii poświęcony był czemuś, czego tak na prawdę
Warszawiacy nie doceniają.

Chór Filharmonii był w
dobrej formie.
To naprawdę niezły profesjonalny chór. Jest bardzo muzyczny i
zrównoważony, chociaż nie byłoby błędem nadanie słowom więcej barwy. Christiane
Libor, sopran, ma ładny, czysty głos i śpiewa z zaangażowaniem. Brakowało tylko
wsparcia orkiestry. Ta orkiestra ma ogromny potencjał, potwierdza to sukces
londyńskich nagrań dla wytwórni Naxos. Ale, i to znaczące ALE: studio
nagraniowe to nie sala koncertowa. Cały wysiłek fizyczny, jaki profesor Wit
wkłada w dyrygowanie, nie przekłada się na brzmienie. Może to wina prób. Może
nie odrobił pracy domowej z niemieckich tekstów poetycznych. Może po prostu nie
czuje muzyki. Prawdopodobnie wszystko po trochu. Jedno jest pewne: orkiestra
gra bezbarwnie, a to właśnie niezwykła barwność muzyki Straussa sprawia, że
jest ona tak oryginalna i poruszająca.

Technika dyrygowania
profesora Wita jest tak chaotyczna i nieregularna, że trudno wyobrazić sobie jak
można się nim inspirować, albo chociaż zrozumieć jego intencje. Oczywiście,
członkowie orkiestry wyglądali na przygaszonych. Uczucie to przeniknęło też
słuchaczy, z których niewielu wróciło po przerwie, aby wysłuchać „Cztery
Ostatnie Pieśni” (Vier letzte Lieder).
Szkoda? Tak, bo ominął ich piękny śpiew. Nie, bo wychodząc zagłosowali. Pan Wit powinien
wyciągnąć wnioski z tego jak głosowali i być może zadać sobie parę istotnych
pytań.

 

4th December.
Orkiestra Symfoniczna i Chor Filharmonii Narodowej

An evening of Richard Strauss’s vocal
music or how Antoni Wit emptied the Philharmonic Hall.

Well, to be fair to Prof. Wit, the hall was
not very full to begin with.

Strauss is rarely performed in Polish opera
houses which maybe a reason why this splendid composer managed to gather a
substantial audience for his vocal music. Personally, I think he is one of the
greatest composers for the voice there has ever been. But given this fact,
perhaps serious questions ought to be asked about why a whole evening of the
Philharmonic`s programming was devoted to something the people of Warsaw don’t
care for.

The Philharmonic choir was in form. This is
a good professional choir. It is well balanced and musical, though I should
have liked more word colouring. The soprano Christiane Libor has a fine voice
and sang with commitment. What was lacking was orchestral support. This orchestra
is an instrument of enormous potential, as the success of its Naxos recordings
in London
proves. But, and it is a big but, the recording studio is not the concert hall.
Despite all the physical effort Prof. Wit puts into his conducting, none of this
is translated into sound. Maybe, the fault lies in Wit’s rehearsal technique.
Maybe, he didn’t bother to do his homework on the German poetic texts. Maybe,
he simply does not feel this music. Probably something of all three. What is
certain is that the orchestra played without colour, the colour that makes Strauss’s
music so original and thrilling.

Prof. Wit’s conducting technique is so
erratic I really cannot imagine how anyone in the orchestra can be inspired by
him or even understand his intentions. Certainly, the orchestral players all
looked pretty glum. Glumness was what permeated the audience, few of whom
returned after the interval  to hear the
Four Last Songs (Vier letzte Lieder).  A
pity? Yes, because they missed some fine singing. No, because they voted with
their feet. Mr. Wit should take notice of how they voted and ask himself some
searching questions.

 

W sobotę stanąłem przed
dylematem: wybrać się do Filharmonii, czy do Centrum Sztuki Współczesnej?
W programie Filharmonii było to co zwykle, Centrum oferowało
program muzyki współczesnej z Ukrainy. Jako że jestem leniwy, normalnie wybrałbym opcję
pierwszą – koncerty w Filharmonii rzadko bywają trudne. Szczęśliwie namówiłem
sam siebie i poszedłem do CSW, z czego bardzo się cieszę. Nie tylko dlatego, że
przyjaciel powiedział mi, że koncert w Filharmonii był katastrofą (wydaje
się, że dyrygent nie do końca wykonywał swoją pracę), ale też dlatego, że
koncert w Centrum uświadomił mi pewną istotną rzecz.

Opóźnione rozpoczęcie, dramatycznie mało
ludzi. Ale, w miarę trwania występu, sala stopniowo się zapełniała. Pod koniec
nie było już wystarczająco miejsca.
Zespół
Szokolad, mówiący językiem europejskiego jazzu z nutką dialektu wschodniego
jest zdecydowanie wart usłyszenia i spotkał się z ciepłym, inteligentnym
aplauzem (tak różnym od niektórych oszałamiających wybuchów, których można
doświadczyć w Filharmonii).
Grający gościnnie polski
trębacz sprawił, że występ na prawdę zapadł w pamięć. Później była już tylko
czysto elektroniczna muzyka.

Znakomity utwór Dmytro Fedorenko
przedstawiał spektakularne, obszerne głosy z wyróżniającymi się partiami
trąbki, które, wypełniając salę, wywoływały dreszcz. Należy się wysilić, aby
zrozumieć muzykę tego rodzaju. To prawda, wielu słuchaczy poddało się i wyszło
przed końcem. To zbyt wielkie wyzwanie? Tak, możliwe, ale przynajmniej się
starali i byli przygotowani na to, że wyjdą, kiedy będą chcieli.

Wyszedłem z koncertu pokrzepiony. Tym, że w
naszym mieście jest tylu młodych muzyków wysokiej jakości.
Tym, że można robić muzykę bez przykrej ingerencji
etykiety i ego.

Saturday night presented me with a dilemma:
to go to the Philharmonia or the Centrum Sztuki Wspolczesnej. The Philharmonic
programme was the usual sort, the Centrum had a programme of contemporary music
from the Ukraine.  Being lazy, I should
have preferred the former….the Phils`s concerts are rarely challenging.  Happily, I went for the second and was glad I
did, not only because a friend of mine told me the Phil’s concert was a bit of
a disaster ( apparently the conductor was not entirely up to the job) but the
because the concert at the Centrum woke me up to a fact.  This fact is that here is where it is
happening.

A late start, depressingly few people. But,
as the concert went on the hall gradually filled. By the end, it would have
been hard to get more people in. The Zespol Szokolad and its European jazz
language with a hint of the East is worth hearing and was greeted with warm,
intelligent applause (unlike the sort of bewildering outbursts witnessed so
often   at the Phil). A guest Polish trumpet
player made the performance memorable. Then followed purely electronic music.

A splendid piece by Dmytro Fedorenko was a
spectacular, vast canvass of sound with memorable trumpet clusters which
thrilled as they moved around the room. To understand this music you have to
work. True, many of the audience gave up and left early. Too challenging? Yes,
perhaps, but at least they tried and were prepared to leave when they wanted
to.

I came away refreshed. Refreshed that there is
young music making in this city of this quality. Refreshed that here is music
making without the tiresome intrusion of egos and formalities.

 

Wydaje mi się, że to Sir
Thomas Beecham powiedział, że dyrygent nie powinien się pocić podczas występu.
Jego praca powinna odbywać się bez wysiłku. Gdybyście nie pamiętali – Sir
Thomas był jedną z najważniejszych postaci i największych dobroczyńców świata muzyki
w XX wieku, po obu stronach Atlantyku. Był także dyrygentem o niezwykłej
energii, pasji i wyobraźni. Gdy on dyrygował, nie było możliwości, aby koncert
był nudny.

Antoni Wit, który
otworzył sezon 2009/10 w Filharmonii Narodowej, poci się bardzo. Jak krótki nie
byłby ruch, musi wyjąć chusteczkę, aby obetrzeć spocone czoło.
Ciekaw jestem ile ich
zużywa w ciągu jednego wieczoru.
Mam
nadzieję, że nie będzie to zbyt zuchwałe, gdy zasugeruję, że może powinien, zamiast
rzucać się jak wściekły, włożyć więcej energii w komunikowanie się z orkiestrą.

To był niezwykle ciekawy
program, z wyróżniającymi się występami solistów, ale z koszmarnie nudną grą
orkiestry.
Może więcej
pracy, a mniej pocenia się, Panie Wit?

I think it was Sir Thomas Beecham who said
that a conductor should never sweat during a performance. The work of a
conductor should be effortless. In case you have forgotten, Sir Thomas was one
of the great characters and philanthropists of 20th Century music
making both sides of the Atlantic. He was also a conductor of enormous energy,
verve and imagination. Never a dull concert.

Antoni Wit, who opened the National Philharmonic’s
2009/10 season tonight, sweats a great deal. In fact, how ever short the movement,
he has to get out his handkerchief and mop his sweating brow. I wonder how many
he gets through in an evening? I hope it is not impertinent of me to
suggest that perhaps more of his energy should go into communicating with the
orchestra than throwing himself about as a man with his shoes on fire.

It was a really interesting programme with
distinguished performances from the soloists but dreadfully dull orchestral
playing. Perhaps less sweat and more work, Mr. Wit?

Viola da Gamba: Paolo
Pandolfo, Klawesyn: Alina Ratkowska

W zeszłą niedzielę, grupa
osób raczej młodszych niż starszych, zebrała się w pięknym kościółku Matki
Bożej Loretańskiej na Pradze, aby usłyszeć koncert muzyki barokowej na klawesyn
i viola da gamba.

Miałem dwa powody aby
zjawić się na tym koncercie. Stary budynek kościoła nabrał swojej obecnej formy
na podstawie projektu Alfonsa Kropwnickiego, Architekta Miejskiego XIX wieku, a
mojego prapradziadka. Drugi powód to grający na viola na gamba Paolo Pandolfo,
który jest jednym z moich najdroższych przyjaciół oraz patronem Fundacji Nowa
Orkiestra Kameralna, której jestem prezesem.

Tak rzadko zdarza mi się
wyjść z koncertu w Warszawie nie czując się oszukanym, złym czy upokorzonym. A przytaczając
słowa wypowiedziane po koncercie przez siedzącego niedaleko mnie młodzieńca, ta
muzyka oczyściła moją duszę!

Nie, nie było przesadnych
braw, ale zgromadzeni słuchali koncertu z takim zaangażowaniem jakiego rzadko
doświadczam w Warszawie. Organizatorzy koncertu też nie podkreślali swojej
obecności, oprócz wręczenia muzykom skromnych bukietów kwiatów (zbyt wiele
kwiatów ginie w Warszawie z powodu muzyki). I mimo wszystko, z oczyszczoną
duszą i odświeżony, poczułem się dumny, że mogłem przedstawić tego młodego
człowieka jednemu z największych na świecie muzyków grających na instrumentach
smyczkowych.

Viola da Gamba: Paolo Pandolfo,Cembalo: Alina Ratkowska

Last Sunday evening a group of more younger
than older people gathered in the splendid little church of Our Lady
of Loreto in Praga for a concert of Baroque viola da gamba and cembalo music.

I had a dual reason for attending this
concert. This ancient building took on its present form from a design of Alfons
Kropiwnicki, City Architect in the 19th century and my great-great-grandfather.
The other reason was that the great viola da gambist Paolo Pandolfo is one of
my oldest and dearest friends and Patron of FNOK, of which I am Prezes.

So rarely do I leave a concert in Warsaw
without feeling angry, cheated or humiliated. But, to echo the words uttered at
the end of the concert by the young stranger who was sitting next to me, this
music washed my soul!

No, there was no extravagant applause but the audience listened with an intensity I have rarely witnessed in Warsaw. Nor did the concert organisers make their presence felt apart from presenting the two artists with modest bunches of flowers. (Too many flowers die in Warsaw in the cause of music). And yet, with my soul washed and refreshed, I felt pride that I was able to introduce that articulate young man to one of the world’s great string players.

Warszawska Jesień. Narodowa Orkiestra
Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach, Jacek Kasprzyk, 25.09.2009. Luciano Berio oraz Hanna
Kulenty
(the English version below)

Żałuję, że minął już
popularny niegdyś zwyczaj śledzenia nut na miniaturowej partyturze podczas
koncertów. Bez względu na wiek i wykształcenie, słuchacze robili to z szeregu
powodów. Między innymi dlatego, że z partyturą w ręku, sprawiali wrażenie
większych intelektualistów, mądrzejszych niż inni. Ale najważniejsze: śledzenie
jej pozwalało słuchaczowi zobaczyć, czy to, co robi dyrygent pozostaje w
zgodzie z intencjami kompozytora.

W zeszły piątek na prawdę
żałowałem, że nie mam kopii partytury 4
Dédicaces
Berio. Gdybym nie moje usilne starania, słyszałbym jedynie
piskliwą sekcję dętą. Wielka sekcja smyczków była schowana, brzmiała płasko i
bez wyrazu. Dyrygent nie próbował ożywić partii na smyczki, co sprawiło, że ich
misternie wyrzeźbione fragmenty brzmiały bezładnie i nudno. Zdawało się, że jedyne,
co jest w stanie zrobić ekstatycznie odmierzający rytm Pan Kasprzyk, to utrzymać
orkiestrę w całości. Miało się wrażenie, że jest to jego jedyny cel.. A
dyrygent powinien tworzyć muzykę, a nie tylko odmierzać rytm! Jeśli nie potrafi,
dzięki swojej wyobraźni, ożywić zapisanej na papierze nuty, nie wywiązuje się z
umowy wiążącej go z kompozytorem, publicznością, czy orkiestrą… A z tego, co
udało mi się usłyszeć, orkiestra wydawała się być dobra.

Jeśli chodzi o koncert
skrzypcowy, który miał miejsce później – wydaje mi się, że właśnie przez taki
rodzaj twórczości muzyka współczesna jest tak niepopularna wśród ogółu bywalców
koncertów. Jeśli masz tylko jedną ideę, i to w dodatku taką, na której
rozwinięcie nie masz już żadnego pomysłu, powiedz, co masz do powiedzenia i zamilknij
– a nie przeciągaj tego przez ponad pół godziny lub dłużej. Cóż za góra śmieci.
Rafał Zambrzycki-Payne jest, mimo wszystko, świetnym skrzypkiem, szkoda tylko,
że nie miał nic lepszego do zagrania. Wyszedłem w przerwie i nie sądzę żebym
wrócił w przyszłym roku


Berliner Philharmoniker, Sir Simon Rattle, 26.09.2009, Filharmonia
Narodowa

Niestety, nie udało mi się dotrzeć na ten koncert, ale jaskółki doniosły, że
wszyscy wielcy i piękni, elegancko ubrani, dotarli i sądząc po ich
entuzjastycznych brawach, byli zachwyceni. Sama jaskółka natomiast nie były aż
tak zachwycona. Owszem, wyborna kontrola dynamiki przez dyrygenta (może prof.
Wit mógłby się czegoś nauczyć?), owszem, świetna artykulacja, ale – bo niestety
jest jakieś „ale” – wygląda na to, że orkiestra nie była zbyt dobrze zgrana.

Oczywiście nie mam
wątpliwości co do tego, że Sir Simon Rattle jest niezwykle energiczny, i
osobiście wolałbym usłyszeć występ muzyczny z pomysłem, nawet jeśli nie całkowicie
spójny.. Ale (podkreślam, że nie było mnie na koncercie), może rytm Sir Simona
nie jest tak wyrazisty jak mógłby być, a może orkiestra nie była tak dobrze
przygotowana jakby mogła? A może, zupełnie jak na okropnym koncercie
Filharmoników Nowojorskich parę lat temu, do Warszawy przyjechał skład B. A
może wszystko po trochu? Szkoda, że nie wszyscy
byli zadowoleni…

Jacek Kaspszyk, Katowice Philharmonic, Luciano Berio and Hanna Kulenty

I regret the passing of the popular habit
of following the music in a miniature score during concerts.  People of all ages and education used to do it
because it had a number of advantages, apart from making you look more
intellectual and cleverer than other people. Above all, it enabled the reader
to see what the conductor was doing with the composer’s intentions.

Last Friday I really wished I had the score
of Berio`s Dedicaces. Unless I worked
very hard indeed, all I could hear were the strident brass parts. The enormous
string sections were hidden, flat, and bland. The conductor made no effort to
bring the string parts to life and, as a result, the performance of these
finely sculpted works was inconsequential and boring. Mr. Kaspszyk, beating
time frantically, seemed just able to hold the orchestra together, and holding
the orchestra together appeared to be his only intention. A conductor is
supposed to make music not just beat time! If he doesn’t bring the printed note
to life with his imagination then he is not fulfilling his contract with the
composer, the audience or the orchestra…and from the little I could hear of the
orchestra, it seemed to be a good one.

As for the violin concerto that followed,
to my mind this sort of music is exactly why Contemporary music is so unpopular
with the general concert-going public. If you only have one idea which you have
no idea how to develop, keep it short, say what you want to say and stop…don’t
drag it on for 30 minutes or more. What a load of rubbish. Rafal
Zambrzycki-Payne is a great violinist, though. It was a pity he didn’t have
something better to play.

I
left at the interval and I don’t think I’ll go back next year.

The Berlin
Philharmonic. Warsaw Philharmonic Hall

Alas, I could not be there, but I heard
through the grapevine all the great and the good were there and beautifully dressed
and that, judging by their enthusiastic applause, they loved it.

Actually, the grapevine itself was not too enthusiastic.
Yes, lovely control of dynamics (could Prof.Wit learn something from that?),
yes, superb articulation, but, and here is the but, it seems they were not too
good at playing together.

Now, Sir Simon Rattle is very musical, no
doubt about that, and personally I’d much rather hear a musical performance
with ideas even if it is not entirely together. 
But, (and I must repeat I was not there), but  perhaps Sir Simon’s  beat is not as sharp as it might be and perhaps
the orchestra was not as well rehearsed as it might have been? Or perhaps, just
like the New York Philharmonic’s awful concert here a couple of years ago, they
brought the B players to Warsaw. May be a little of all three? What a pity though that not everyone was
thrilled.

 

Ze wszystkich festiwali które
gości Warszawa, „Chopin i jego Europa”, oraz inne wydarzenia muzyczne związane
z Fryderykiem Chopinem wydają się najbardziej na miejscu. Dlaczego? Spośród trzech największych
Polaków – Papieża Jana Pawła II, Lecha Wałęsy, Fryderyka Chopina, tylko ten ostatni dorastał w
Warszawie i był z nią blisko związany. Dla kontrastu Beethoven nigdy nie
odwiedził Warszawy, nawet przejazdem.

Chopin spędził w
Warszawie pierwsze 20 lat swojego życia, zanim udał się na zachód, wyznaczając
tym samym trend dla młodych Warszawiaków w XXI wieku. Warszawy miał Chopin już
nigdy później nie zobaczyć, choć powróciły tu jego szczątki.

Politycy lubią festiwale,
ponieważ sprawiają dzięki nim wrażenie jakby coś robili, choć tak naprawdę
robią niewiele poza wydawaniem nie swoich pieniędzy, głównie na zagranicznych
artystów. A to czego Warszawa potrzebuje najbardziej to pieniądze na
infrastrukturę. Niestety inwestycje w nią już nie rzucają tak dobrego światła
na polityków i organizatorów festiwali. Dlaczego, na przykład, Warszawa jest
jedyną większą stolicą w Europie bez nowoczesnej Sali koncertowej? (Przy okazji
– nie zauważyłem Burmistrza na żadnym z koncertów.
A Ty?)

A co robi się w kwestii
edukacji muzycznej? Lekcje muzyki w szkołach? Na pewno edukacja jest warta
więcej, niż kilka koncertów niespójnej jakości dla nielicznych wybrańców.
Nielicznych wybrańców? Tak, bo bez odpowiedniego przygotowania we wszystkich
szkołach, muzyka klasyczna w Polsce zawsze będzie tylko dla nielicznych, bardzo
nielicznych odbiorców.
Czy
Narodowy Instytut Fryderyka Chopina ma program edukacyjny? Sprawdź na stronie
internetowej – dość żałosne.
A  Filharmonia Narodowa?

Przy okazji – co za
geniusz wymyślił okładkę broszury z programem artystycznym Filharmonii
Narodowej na sezon 2009/10? Antoni Wit. Z zamkniętymi oczami!

Wydaje mi się, że miniony
Festiwal Chopin i jego Europa jest bodźcem do poruszenia kilku ważnych kwestii:
jakości koncertów, ich organizacji, rozplanowania w czasie oraz kosztu biletów.

Chciałbym rozważyć
pierwszą z nich. A może czytający bloga mogliby dodać swoją opinię na temat
pozostałych?

Ktoś kiedyś powiedział że
nie istnieje coś takiego jak kiepska orkiestra, a jedynie kiepscy dyrygenci. Dla
przykładu, problemy Orkiestry XVIII Wieku dotyczą w dużym stopniu stanu zdrowia
Fransa Brüggena.
Zgoda, dyrygent jest w świetnej formie – jak na kogoś w jego stanie. Jego
muzycy są niepodważalnie solidni. Ale mam wrażenie, że występy, choć zawsze
bardzo profesjonalne, stają się monotonne ze względu na stan fizyczny Brüggena.

Żadna polska orkiestra
nie zagrała na Festiwalu dobrze. Żadna nie została w pełni wykorzystana przez
dyrygentów: ciężko (nawet za ciężko) pracujący Jacek Kasprzyk oraz do bólu perfekcyjny
Antonii Wit cechują się zachowaniami, które zdają się kolidować z tworzeniem
dobrej muzyki. Czy to kwestia zbyt wielkiego obłożenia koncertami,
pozostawiająca zbyt mało czasu na odpowiednie przygotowanie? Może. To
niesprawiedliwe winić dyrygenta? Ale przecież to nie samochód wini się za
kiepską jazdę, tylko kierowcę …i może czasem organizatorów koncertu.

A kiedy wreszcie skończy
się ten nudny zwyczaj owacji na stojąco? „Pomyśl zanim wstaniesz” – to moje
motto. A może lepiej – „pomyśl zanim zaczniesz klaskać”… Na pewno sprawdziło
się przy okazji przerażającego odczytu muzyki instrumentalnej Mendelssohna przez
Philippe’a Herreweghe. Z głową w partyturze, najwyraźniej nie wiedział zbyt
wiele o muzyce. Jak można się było spodziewać, reakcja audytorium nie była entuzjastyczna.
Jednak tylko do czasu gdy Waldemar Dąbrowski nie wstał by zachęcić do owacji.
Te oklaski nie były jednak zasłużone. Philippe Herreweghe był do niczego, co
też mu powiedziałem, ku jego niezadowoleniu, po koncercie.


Pan Dąbrowski powinien
nauczyć się siedzieć na swoich dłoniach nawet gdy jest organizatorem czy
patronem koncertu. Jest człowiekiem o wysokiej kulturze i powinien mieć swoje
zdanie. Oczywiście on tylko naśladuje Elżbietę Penderecką, która zdaje się
myśleć, że wszyscy jej muzycy są boscy.
Nie są, a ona powinna się kontrolować. To absurdalne. Gorzej, taka nieuczciwość poniża
muzykę.

Mógłbym napisać dużo
więcej o festiwalu: o 14-letniej Japonce która świetnie naśladuje Rubinsteina,
o kilku wybitnych recitalach (choć występ Emanuela Ax był wielkim
rozczarowaniem – co się stało?), o rzadkiej możliwości posłuchania Marty
Argerich grającej dwa koncerty w ciągu jednego wieczoru, o Oratorium Eliasz, o
próbie zorganizowania koncertu dla dzieci (3-latki były troszkę za małe na całe
„Stworzenie Świata”, ale może lepszy rydz niż nic…?) o trudnościach z kupnem
biletów.

Powinienem także zapytać
dlaczego nikt nie zrobił nic w sprawie edukacji audytorium odnośnie kasłania.
Słyszeliście, że w przypadku kaszlu trzymanie chusteczki przy ustach zmniejsza
ilość decybeli o 70%?! Poza tym to nieładnie nie zasłaniać ust kiedy kaszlemy.
Przecież rozsiewamy w ten sposób zarazki. Czy tego już nikt nie uczy?

Ale największy w moim
odczuciu problem dotyczy tego co dzieje się z warszawskimi orkiestrami. Ten
problem nie zniknie dopóki nie zostanie rozwiązany problem dyrygentów. A to
MUSI nastąpić przed uroczystościami związanymi z Rokiem Chopinowskim 2010!
Chociaż nie sądzę, aby ktoś się tym zajął…

Proszę dodaj swoją opinię
na temat tego co piszę: nie musisz się ze mną zgadzać! Dodaj swoje zdanie na
temat innych aspektów Festiwalu.

Proszę, zacznijmy
dyskusję i zróbmy coś z opłakanym stanem muzyki i edukacji muzycznej w
Warszawie. Potrzebujemy drugiego Powstania Warszawskiego!

Reflections on
the Chopin Festival

Of all the classical music festivals Warsaw
hosts, the Chopin is the most logical.  Why? Because of Poland’s three greatest sons:
Pope JP II and Lech Walesa, Chopin is the only one to have grown up in Warsaw
and to have had close association with it.  Beethoven never came to the place, not even to
change coach.

Chopin spent the first 20 years of his life
here, until, setting a trend for 21st century young Varsovians, he
went west never to see Warsaw again, though parts of him came back in a box.  

Politicians like festivals because they
make them look as if they are doing something, whereas, in fact, they are doing
very little except spending money, mainly on foreign artists. What Warsaw needs
is infrastructure, but that’s not very glamorous for our politicians and
festival organisers. Why, for example, is Warsaw the only major European
capital without a modern concert hall? (By the way, I didn’t spot the Mayor at
any of the Chopin Festival concerts I went to. Did you?)  

And what is being done about education?
Music in schools? Surely education is much more valuable than a few concerts of
inconsistent quality for a select few?  A
select few? Yes, because without a proper music education programme in all schools,
classical music in Poland will always be for the few, the very few. Has the
NIFC an education programme? Look at its website. Pathetic really. And as for
the Philharmonia, well. And, while we are at it, what genius thought up the
photo on the cover of the Filharmonia Narodowa sezon artystczny 2009/10
brochure? Antoni Wit with his eyes shut!

It seems to me, this last Chopin festival
raised a number of questions: questions of quality, organisation, programming
and cost. I’d like to deal with one. Perhaps readers would like to add their
thoughts about the others?

Someone once said that there is no such
thing as a bad orchestra, only bad conductors. For example, I think the
problems facing the Orchestra of 18th Century are very much those of
Franz Bruggen`s health. Agreed, his stamina is amazing for someone in his
condition. All his musicians are unquestionably fine.  But, I feel the performances, though always
musical, are dull because of Bruggen`s physical state.

Neither of the Polish orchestras in the
festival played well. Neither  was well
used by the conductors: the much (even over)-working Jacek Kaspszyk and the
sartorially perfect Antoni Witt both have idiosyncrasies which interfere with
good music making.  A question of too
many concerts, too little time to prepare properly? Perhaps. Unfair to blame
the conductor? You don’t blame the car for bad driving, you blame the driver
and perhaps the concert organisers.

And when will this tedious habit end of
giving standing ovations? Think before you stand, is my motto. Rather, think
before you clap, might be better. This was certainly true of PH`s appalling
reading of Mendelssohn’s instrumental music. With his head in the score, he
clearly knew very little about the music. The audience reaction was
unenthusiastic until Waldemar Dabrowski stood up to rally the ovation. This
ovation was not merited. PH was rubbish and I told him so after the concert,
which he did not appreciate.

Mr. Dabrowski should learn to sit on his
hands even if he is the concert organiser, patron or whatever. He is a man of
great culture and should know better.  Of
course, he is only copying Elzbieta Penderecka who seems to think everyone of
her musicians is God-like. They are not,
and I wish she would control herself. It is ridiculous. Worse, such dishonesty
debases music.

I could write so much more about the
festival: the 14 year old  Japanese girl who
imitates Rubinstein so marvellously, the few outstanding recitals (Emanuel Ax
was very disappointing, what’s happened?), the rare opportunity to hear Martha
Argerich play two concertos in one night, Elijah, an attempt at a children’s
concert (the 3 year olds and under were a bit young for the whole of the
Creation! but a start), the difficulty of buying tickets. 

I should also ask why no one has does
anything to educate the audience regarding coughing. Did you know that putting
a handkerchief in front of the mouth reduces the decibels by 70%? Anyway, it is
rude not to cover your mouth when you cough. It also spreads diseases. Isn’t
that taught anymore?

But, but the big issue is what is happening
to Warsaw’s orchestras? This problem will not go away until the question of
conductors is resolved and resolved it must be before the 2010 Chopin
celebrations…though I don’t suppose anyone will do anything!

Please write what you think about my
thoughts: you don’t have to agree with me. Add yours about other aspects of the
festival. But please, let’s get a debate going and do something about the pitiful
state of music and music education in Warsaw. We need a second Warsaw Rising.

 


  • RSS